Od paru dobrych lat chodzimy po górach, śpimy i stołujemy się w górskich schroniskach. I zbieramy różne historie, niektórych z nich sami byliśmy świadkami, o innych opowiadały nam ekipy schroniskowe przy wieczornych ogniskach. Jako, że tego roku pracownicy schronisk twierdzą zgodnie, że tak wielu turystów w górach jeszcze nie widzieli postanowiliśmy zebrać dla Was najciekawsze schroniskowe przypały.

Generalnie nie jest źle, ludzi są świadomi, że górskie schronisko to nie hotel (chociaż na przestrzeni ostatnich lat ich standard się mocno poprawiał). Wiadomo też, że ludzie mogą skarżyć się na wiele rzeczy. Komuś może przeszkadzać piosenka turystyczna śpiewana w sali wspólnej, komuś marudzące dziecko, a jeszcze innemu schroniskowe zwierzęta. Ale zdarzają się sytuacje, kiedy ręce opadają i pozostaje tylko zrobić wielkiego facepalma. Nie chodzi tylko o turystów zdziwionych, że w pokojach nie ma ręczników, ciepłej wody 24h, czy standardowych pytań o wjazd pod schron autem.

Po więcej wieści z gór przyjdź na nasz profil na Facebook! 

Pies mi zjadł kiełbasę

Długi weekend czerwcowy, wieczór pod schroniskiem nad Wierchomlą. Obsługa słania się na nogach po intensywnym dniu (podobno w czerwcowy długi weekend schron odwiedza więcej ludzi, niż w ten majowy), w schronie brak miejsc noclegowych nawet w salach wspólnych. Ognisko płonie, słońce zachodzi a “milutka”, trzyosobowa rodzinka chce sobie usmażyć na nim kiełbaski. Ale, nie dopilnowali i schroniskowy pies ich ubiegł. Został przyłapany na wsuwaniu kiełbasy. Głowa rodziny nagrała końcówkę zdarzenia swoim iphonem i rusza do okienka z pretensjami. Krzyczy – skandal, pies mi zjadł kiełbasę. Robi w schronisku awanturę, grozi złożeniem skargi, obraża się, i wychodzi mówiąc, że spał tu nie będzie. Na ich miejsce oczywiście natychmiast znaleźli się chętni. Tylko rodziny żal, bo stracili zachód słońca nad Tatrami no i musieli szybko zbierać się w dół.
Tak na marginesie, nam też ten sam pies kiedyś wsunął prowiant, ale od razu stwierdziliśmy, że to nasza wina, bo nie zabezpieczyliśmy go odpowiednio.

Bacówka nad Wierchomlą

Jagody czy borówki?

Tę historię usłyszeliśmy od obsługi jednego z beskidzkich schronisk serwujących jagodzianki. Upalny weekend, kolejka do okienka kończy się przed budynkiem, każdy zdenerwowany, chce szybko jeść, pić. Przyszła kolej na panią – językoznawcę, która pyta, czy jagodzianki są z borówkami czy jagodami. Obsługa zdziwiona pyta, co to za różnica, a pani w krzyk, że to nie miejsce na takie dyskusje, że zamiast dyskutować należy odpowiedzieć klientowi i że schronisko nie ma wykwalifikowanej kadry. Niby drobnostka, jakich wiele, ale potrafi wyprowadzić z równowagi. I na długą chwilę przyblokować kolejkę, ku wątpliwej uciesze reszty czekających.

Daleko do gniazdka

Oprócz standardowych pokoi schronisko na Turbaczu oferuje coś takiego jak apartament. Co prawda nigdy w nim nie spaliśmy, ale głęboko wierzymy, że jest to jakiś niezwykły wypas. Sobotnia noc, u niektórych impreza dopiero się rozkręca. Bawi się między innymi głośna grupa z wieczoru kawalerskiego, zamieszkująca tenże apartament. W pewnym momencie dochodzi do przepychanek między nimi a… GOPR-em, który dyżuruje w schronisku. Okazało się, że w apartamencie stoi telewizor, którego chłopcy nie byli w stanie uruchomić. Dlaczego postanowili zrobić awanturę Goprowcom, którzy niosą pomoc potrzebującym na szlaku a nie nawalonym w apartamencie? Nie wiadomo, może alkohol siadł im na stykach. W każdym razie telewizora nie uruchomiono, bo stał za daleko od gniazdka. Słyszeliśmy to na własne uszy. My i pół, naprawdę wielkiego schroniska.
Słyszeliśmy również komentarz zdziwionych goprowców, którzy, podobnie jak i my, zadawali sobie pytanie: po co komu telewizor w górach?

Schronisko na Turbaczu

Tischner nieznany

Turbacz i Gorce to jak nic tereny księdza Tischnera. Filozof z Łopusznej ma na Turbaczu swoją tablicę pamiątkową, jego duch panoszy się po całym obiekcie, generalnie jest tam personą. Pewnego niedzielnego poranka okazało się, że tablica wykręcono, zniknęła w zawierusze sobotniej nocy. Przy barze pytamy obsługę o to, co się stało. Reakcja chłopaka za barem była bezcenna: “No, ukradli tablicę. Ale co to warte? Tyle co nic… No chyba, że dla tego księdza”.
Dodam tylko, że jeszcze tego samego dnia tablica wróciła na miejsce. Skruszona ekipa, którą wieczór wcześniej porwał górski melanż oddała skarb, który miał niewielką wartość. No, chyba, że dla tego księdza.

 

Potrzymaj mi piwo…

Największy przypał, który mógł się skończyć niebezpiecznie, również był związany z alkoholem. Późną nocą doszliśmy do schroniska na Starych Wierchach. Stoi stosunkowo nisko, dlatego w letnie weekendy jest dobrym miejscem imprezowym dla lokalnych ekip. Zastaliśmy tam schyłkowy już bankiet, czas rozchodzenia się. Jako, że byliśmy trzeźwi, zostaliśmy poproszeni przez uczestnika imprezy o pomoc we wsiadaniu do traktora, którym najwyraźniej miał zamiar odjechać. Jako, że ledwo trzymał się na nogach i wejście do kabiny nastręczało mu wielu kłopotów, w krótkich, żołnierskich słowach wyperswadowaliśmy mu ten pomysł.

Bacówka Krawców Wierch

Dlatego śpiąc i jedząc w schroniskach pamiętajcie, że nie są to zwykłe hotele, na górę wszystko trzeba wywieźć (a niekiedy wnieść), zwiezienie śmieci też kosztuje (przepisy sanitarne nie pozwalają na zwożenie śmieci i wwożenie zaopatrzenia podczas tego samego kursu), w górach często są kłopoty z wodą, której jest mało, lub prądem, którego w niektórych schronach brak.